Poradniak, wydawnictwo

Email Drukuj PDF

Śmiertelne zmagania
O świcie słaba z głodu z trudem zwlekam się z posłania. Stach w gorączce już od tylu tygodni sił nawet nie ma, by głowę podnieść.

Pijemy słoną wodę pół na pół z błotem pustyni i jemy maleńkiego biskwita, to już naprawdę ostatni. Żując okruszynkę, marzę, by wyogromniała w ustach w duży bochen chleba. Sprawdzam stan zapasów, mamy jeszcze dziesięć papierosów i butelkę czerwonego wina, jeszcze z Konstantynopola, jakże mnie wtedy krępowało przyjęcie u ambasadora, a dzisiaj, kto wie, czy wino nie ratuje Stachowi życia, mocny łyk stawia go na nogi. Wstaje i rusza w stronę gór szukać drogi. Brnie przez wodę, zapada się po kolana, sylwetka oddala się, niczym figurynka, ruchomy punkt, zaciera się, znika. Klapię obok motoru i patrzę bezmyślnie na ten bezkres przeraźliwy, czarne sylwetki skał, dłuży się czas… dzień wyzłocony słońcem, taki śliczny, świat taki szeroki. Długo czekam w samotności, aż wreszcie punkcik poruszył się pośród tafli wody, przybliża się, ledwo pełznie. Chwytam wino i biegnę na spotkanie. W górach drogi nie ma. Musimy pchać dalej torem. Mijamy stację, gdzie byłam wczoraj, dostrzegamy po prawej stronie toru suchy płat pustyni, przerzucamy więc motor przez szyny, podkładając kamienie. Stach rusza pełnym gazem, ale koła żłobią ślady coraz głębsze. Biegnę, wołam:

Wehikułem, który miał zawieźć romantyczną parę do owej dżungli był dwucylindrowy motocykl B.S.A. angielskiej produkcji, najpewniej model G34-14 Twin World Tour, o mocy 10 koni mechanicznych i numerze rejestracyjnym W 19-484 (PL), z wyprodukowanym w Łodzi na licencji wiedeńskiej koszykiem. Stanisław wziął na siebie obowiązki kierowcy, mechanika, logistyka i fotografa. Halina wcieliła się we wdzięczną rolę pasażerki, kronikarki i „dobrego duszka” wyprawy. Wsparcie rodziców i wypłacane przez redakcje gazet honoraria za reportaże miały zapewnić niezbędne środki finansowe.
19 sierpnia 1934 roku wyruszyli z Druskiennik do Warszawy, gdzie cztery dni później przed siedzibą Automobilklubu Polski na Alei Szucha 10 w obecności kilku dziennikarzy dokonali oficjalnego rozpoczęcia wyprawy. 15 marca 1936 roku zakończyli swoją trwającą dziewiętnaście miesięcy eskapadę.
Przez cały ten czas Halina Korolec-Bujakowska prowadziła pamiętnik oraz słała korespondencje do polskich czasopism i gazet. Żywiołowym, natchnionym, pełnym rozmachu, ale też niepozbawionym autoironii i humoru językiem opisywała w nich spotkania z mieszkańcami Azji lat trzydziestych XX wieku, ich obyczaje i stroje oraz przyrodę kontynentu. W przejmujący sposób relacjonowała trudy przeprawy i dzieliła się mrożącymi krew w żyłach przygodami. Halina opisywała, a Stanisław fotografował, wspólnie roztaczali przed oczyma czytelników barwną mozaikę orientalnych obrazów i postaci. Na kolejnych kartach podróżnej kroniki płonęły ciężarówki w przydrożnych przepaściach, pośrodku szosy baraszkowały dzikie tygrysy, hinduscy sadhu przesiadywali w pozycji kwiatu lotosu, barwni Ikowie maszerowali z owocami dżungli na targ…
Reportaże Haliny regularnie drukował „Kurier Wileński” oraz miesięcznik „Świat”. O losach pary podróżników informowały czytelników również „Kurier Warszawski”, „Express Poranny”, „Express Ilustrowany”, „Głos Druskiennik”, „Kurier Czerwony”, tygodnik „Antena”, a także miesięczniki „Turystyka i auto”, „Motocykl i cyclecar” oraz periodyk „Ondyna druskiennickich źródeł”. O wyczynie Bujakowskich donosiła prasa zagraniczna: „Ngo-Bao” z Hanoi, „Times of India” w Bombaju, „Anandabazar Patrika” oraz „Dainik Basumati” w Kalkucie, „South China Morning Post” w Hongkongu, „Shanghai Times” i „Le Journal de Shanghai” w Szanghaju.
Po dotarciu do mety Halina spędzała większość czasu na porządkowaniu i redagowaniu notatek z wyprawy. Stanisław spisał swe doświadczenia w formie krótkiego poradnika dla ewentualnych naśladowców. Liczył, że w ślad za nimi do Azji ruszą inni motocyklowi turyści z Polski. W wywiadach udzielanych miejscowej prasie Bujakowscy nie ukrywali, że chcieliby po powrocie do ojczyzny wydać ilustrowaną zdjęciami kronikę podróży. Udało się po 70 z górą latach, gdy wydawnictwo zainteresowane współczesną publikacją prasową na temat wyprawy powierzyło mi opracowanie dzienników.
Zadanie okazało się trudniejsze, niż się początkowo spodziewałem, ale też przyniosło wiele wrażeń i mnóstwo satysfakcji. Najpierw trzeba było przeanalizować i przepisać kilkaset stron maszynopisu, odręcznie pisanych listów i około dwustu artykułów prasowych, a następnie ułożyć je chronologicznie, zdanie po zdaniu, tak by relacja była kompletna i spójna, a zarazem by nie uronić nic z osobistego, emocjonalnego przekazu, dowcipu i romantyzmu autorki. Do tekstów Haliny zdecydowałem się dołączyć fragmenty przewodnika i felieton Stanisława. Ich treść wydawała się stanowić doskonałe uzupełnienie żywiołowej relacji małżonki.
W kolejnym etapie trzeba było przejrzeć około pięciuset fotografii zachowanych na oryginalnych kliszach z lat trzydziestych XX wieku, wybrać najciekawsze i przypisać je do konkretnych partii tekstu.
Praca trwała dziesięć miesięcy. Wiosną 2011 roku zapomniana przez dziesięciolecia kronika podróży dwojga Polaków trafia do rąk Czytelników.
Łukasz Wierzbicki
Borówiec w lutym 2011 roku
– Stój! Wracaj! Stój!
Nie słyszy. Stało się, rozpędzony motor grzęźnie po osie w śliskiej glinie. Nie dopadnę, już za późno. Stach pcha co sił, motor dławi się na pierwszym biegu, krztusi i milknie, chyli się na bok niczym tonący okręt i pogrąża coraz głębiej, już tylko głowice cylindrów wystają z mazi. W miejscu, gdzie przed chwilą błoto jedynie oblepiało nam buty grzęźniemy po kolana. Klęcząc, pokaleczonymi do krwi rękoma i łopatą złamaną jeszcze w Persji odgarniamy glinę. Odpoczywamy, leżąc w błocie, po czym wpychamy blachy pod koła i podejmujemy jeszcze jedną próbę wyrwania się na pełnym gazie. Na próżno. Cała trójka pada bez sił. Zapada zmrok. Kładziemy się spać w błocie obok motoru. Zimno i mokro. Całą noc dręczą mnie koszmary, widzę motor tonący coraz głębiej, znikający pod powierzchnią, tylko parę bąbelków wyskakuje, już po wszystkim, pustynia zamyka się nad nim nieodwracalnie.
Jeszcze przed świtem rzucam pierwsze spojrzenie w stronę maszyny. Sterczy żałośnie pochylona na bok, ale stoi. Drapiemy stężoną mrozem ziemię pazurami, kopiemy łopatą zmarzniętą glinę, prędko, prędko, nim wzejdzie słońce. Zrzucamy resztki bagażu wprost w błoto. Gaz i pchamy! Drgnął i zachybotał się w głębokim dole. Prędzej! Nie ma chwili do stracenia, wpycham pod koła suche krzewy, blachy wyciągnięte przed motor, Stasiek wparty nogami w lepką glinę nagina plecy w łuk, na bladej zarośniętej twarzy sine nabrzmiewają żyły, występują krople potu, czy wytrzyma? Pcham z tyłu, motor pluje spalinami, chlapie lepką mazią w oczy, nogi ślizgają się, uciekają, padam. Całą siłą i własnym ciężarem rzucona naprzód pełznę na kolanach, w ten sposób daję większy opór. Jeszcze raz drgnął, jeszcze raz napieramy. Wyskoczył! Stach pędzi uwieszony kierownicy, przeskakuje zdradzieckie bagno, biegnę za nim półprzytomna, gubiąc łzy radości po drodze, zapominam o głodzie, o tym, że nie wiadomo kiedy dobrniemy do osiedli ludzkich. Dla uczczenia zwycięstwa wypalamy dwa ostatnie papierosy.

 
Tu jesteś: Strona startowa Książki Mój chłopiec motor i ja Mój chłopiec motor i ja, fragment1